Byłem na Szczecin Rock Festival. Pierwszy dzień zapowaidał się mocno hitowo. Rozpoczeła lokalna kapela Devil Iside (chyba??) fajna, chociaż niociosana propozycja metalowa. Potem HSad, jak dla mnie wyszli, zagrali , zeszli. Poprawnie, ale napewno nie porywająco. Potem miał być hicior: COMA. Widać, że mają oddane rzesze fanów. Było dobrze, może bardzo dobrze, ale.. O tym potem. Następnie HEY, jak dla mnie, mimo szczerych chęci muzyków, największe nieporozumienie całego festiwalu. Nic do siebie nie pasowało. Spiewająca Nosowska, która mruży oczy bo jeje słoneczko sadzi jak cholera, nastrojowe kawałki przy tym jak połowa krąży od kibla do stoiska z browarem,.... Zupełnie inny klimat potrzebny jest do czego takiego, przynajmniej jak dla mnie. No i dalej Kaiser Chiefs, czyli brygada zagorzałych fanów Leeds Utd. Powiem szczerze, że to było TO. Gatunkowo: kawał naprawdę najlepszego rockowego mięsa. Rewelacyjny show, mega profesjonalizm i wspaniały luz chłopaków, każe mi ich śmiało określić najlepszym bandem na tym festiwalu. Robię to, mimo że nie są to moje klimaty muzyczne, ale jednak mam do nich ogromny szacunek. Na deser Limp Bizkit. Trzeb się przyznać,że jest to coś co bardzo lubię, naprawdę bardzo, w sam raz do tańca ;) Niby wszystko poprawnie, ale jakoś takoś niedosyt pozostał. Mając taki mega koncertowy repertuar, mając już fajny nocny klimat, mając tak wielu ludzi którzy tylko dla nich się tam zjawili,mając.... Jakoś k... nikt tej maszyny nie rozpędził jakby to mogło być. Jeszcze na bis Behind blue eyes i Faith, eeeeeeeeee... Tylko brakowało flagi amerykańskie i już całkiem by się patetycznie zrobiło. Niby wszystko był ok, ale w stsounku do oczekiwań poprawność to jednak mało. Drugi dzień znowu rozpoczął się od dania szansy lokalnej kapeli: Z piątku na sobotę. No i powiem szczerze naprawdę mega fajne wrażenie na mnie zrobili, tak trochę Pearl Jam;owsko się zrobiło, bardzo fajny wokal, reszta też jak najbardziej ok, widać, że wiedzą po co mają instrumenty w łapsakch, ciekawe kawałki, interesujące, ale nie wtórne.No, no. Życzę im naprawdę dobrze, bo warto. Warto zaznaczyć, że drugi dzień nie był już tak liczny w publikę. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale wiem, że to duża strata dla tych którzy nie byli, oj duża. Dalej weterani polskiego "jamajki" : IZRAEL. Wyszedł im z tego bardzo fajny koncert, rozbujali zbierająca się publikę jak trzeba. Naprawdę wielki szacunek. Dalej: LIPALI. Specjalnie napisałem, że moim zdaniem najlepszzy był Kaiser, bo akurat do Lipy mam słabość, potężną słabość. Jak ktoś kiedykolwiek będzie śmiał napisać, że ten facet jest wtórny, że słaby albo coś innego to jest po prostu debilem. Można go lubić lub nie, ale szanować trzeba. On duszę sprzedał muzyce i chwała mu za to. Czterdziestoletni facet, który gra koncerty dla małolatów, prezentując coraz to trudniejszą muzykę - bo to już bardziej Voivod jest niż Nirvana, a mimo to potrafiący rozgrzać do czerwoności tłum i to nie w klubie, ale na koncercie w blasku słońca. Człowiek, który nidy się na tym nie dorobił i pewnie tego nie zrobi. Re-we-la-cja! Jestem głęboko przekonany, że gdyby urodził w Seatlle lub NY a nie w Gdansku, to by sprzedawał płyty w milionach,a tak to pozostaje mu chyba tylko cieszyć się z tego, że gra.Szacun. Ale dobra, dalej. MYSLOVITZ. Kolejna rewelacja. Widać, że chłopaki to już poziom międzynarodowy. Serio. Bardzo wielki szacunek mam dla nich. Widać, że cały czas podnoszą sobie poprzeczkę, nie stawiają ograniczeń, poszukują i (czego brak moim zdaniem jest wielką wadą polskiej muzki) stawiają sobie wyzwania. Wspaniały koncert. W tak krótkim czasie udało im się pomieścić gitarowe granie, przeboje oraz praktycznie muzyczne performensy. Cudo. Pokazali między innymi COmie, że jeszcze ze dwie ligi ich dzielą. Co mnie zaskoczyło, bo pamiętałem ich jeszcze z trochę innych czasów, że zagarli naprawdę głośno, rockowo, silnie i bardzo drapieżnie. Po prostu Artyści. MAnic Street Preachers byli następni. Jak dla mnie koncert bez histori. Nie są to absolutnie moje rejony, ale to ma małe znaczenie. Nie mogę sobie przypomnieć niczego szczególnego z tego koncertu. Oprócz wokalisto-gitarzysty to miałem wrażenie, jakby reszta chciała jak najszybciej zejść ze sceny. Tylko poprawnie. No i finał. Chris Cornell. Trochę kontrowersji rodziło się przed koncertem. Z jednej strony przeszłość w Soundgarden, z drugiej ostatnia płyta z ....Timbalandem! Chyba jednak na dzień dzisiejszy "Krzyś" to już chyba tylko "Krzyś". Sam koncert rozpoczął się fajną oparwą świetlną, wokalista wyszedł jakby ciutkę speszony. Pierwsze 2 kawałki to takie trochę badanie terenu. Całe szczęście im dalej tym śmielej i bardzo dobrze, bo facet ma do zaprezentowania wiele, wiele dobrego, oczywiście ze swoim niesamowitym wokalem na czele. Suma sumarum wyszedł z tego zajebisty koncert. Co mi się podobało bardzo to mimo barwy głosu i (nie ma co mówić) aparycji frontmena, to to wszystko było wyważone i kompletne. Nie granie dla zrozpaczonych nastolatek, którym wystarcza teatr jednego aktora z ładną buzią, którym trzeba ponucić o rozdartym sercu i problemach, żeby jeszcze zwiększyć ich poziom frustracji :) wiem , wiem szydzę trochę, ale chyba wiadomo o co chodzi. Dlatego koncert Chrisa jaki i cały festiwal, zwłaszcza drugi dzień, uważam za bardzo udany
Byłem na Szczecin Rock Festival. Pierwszy dzień zapowaidał się mocno hitowo. Rozpoczeła lokalna kapela Devil Iside (chyba??) fajna, chociaż niociosana propozycja metalowa. Potem HSad, jak dla mnie wyszli, zagrali , zeszli. Poprawnie, ale napewno nie porywająco. Potem miał być hicior: COMA. Widać, że mają oddane rzesze fanów. Było dobrze, może bardzo dobrze, ale.. O tym potem. Następnie HEY, jak dla mnie, mimo szczerych chęci muzyków, największe nieporozumienie całego festiwalu. Nic do siebie nie pasowało. Spiewająca Nosowska, która mruży oczy bo jeje słoneczko sadzi jak cholera, nastrojowe kawałki przy tym jak połowa krąży od kibla do stoiska z browarem,.... Zupełnie inny klimat potrzebny jest do czego takiego, przynajmniej jak dla mnie. No i dalej Kaiser Chiefs, czyli brygada zagorzałych fanów Leeds Utd. Powiem szczerze, że to było TO. Gatunkowo: kawał naprawdę najlepszego rockowego mięsa. Rewelacyjny show, mega profesjonalizm i wspaniały luz chłopaków, każe mi ich śmiało określić najlepszym bandem na tym festiwalu. Robię to, mimo że nie są to moje klimaty muzyczne, ale jednak mam do nich ogromny szacunek. Na deser Limp Bizkit. Trzeb się przyznać,że jest to coś co bardzo lubię, naprawdę bardzo, w sam raz do tańca

Niby wszystko poprawnie, ale jakoś takoś niedosyt pozostał. Mając taki mega koncertowy repertuar, mając już fajny nocny klimat, mając tak wielu ludzi którzy tylko dla nich się tam zjawili,mając.... Jakoś k... nikt tej maszyny nie rozpędził jakby to mogło być. Jeszcze na bis Behind blue eyes i Faith, eeeeeeeeee... Tylko brakowało flagi amerykańskie i już całkiem by się patetycznie zrobiło. Niby wszystko był ok, ale w stsounku do oczekiwań poprawność to jednak mało. Drugi dzień znowu rozpoczął się od dania szansy lokalnej kapeli: Z piątku na sobotę. No i powiem szczerze naprawdę mega fajne wrażenie na mnie zrobili, tak trochę Pearl Jam;owsko się zrobiło, bardzo fajny wokal, reszta też jak najbardziej ok, widać, że wiedzą po co mają instrumenty w łapsakch, ciekawe kawałki, interesujące, ale nie wtórne.No, no. Życzę im naprawdę dobrze, bo warto. Warto zaznaczyć, że drugi dzień nie był już tak liczny w publikę. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale wiem, że to duża strata dla tych którzy nie byli, oj duża. Dalej weterani polskiego "jamajki" : IZRAEL. Wyszedł im z tego bardzo fajny koncert, rozbujali zbierająca się publikę jak trzeba. Naprawdę wielki szacunek. Dalej: LIPALI. Specjalnie napisałem, że moim zdaniem najlepszzy był Kaiser, bo akurat do Lipy mam słabość, potężną słabość. Jak ktoś kiedykolwiek będzie śmiał napisać, że ten facet jest wtórny, że słaby albo coś innego to jest po prostu debilem. Można go lubić lub nie, ale szanować trzeba. On duszę sprzedał muzyce i chwała mu za to. Czterdziestoletni facet, który gra koncerty dla małolatów, prezentując coraz to trudniejszą muzykę - bo to już bardziej Voivod jest niż Nirvana, a mimo to potrafiący rozgrzać do czerwoności tłum i to nie w klubie, ale na koncercie w blasku słońca. Człowiek, który nidy się na tym nie dorobił i pewnie tego nie zrobi. Re-we-la-cja! Jestem głęboko przekonany, że gdyby urodził w Seatlle lub NY a nie w Gdansku, to by sprzedawał płyty w milionach,a tak to pozostaje mu chyba tylko cieszyć się z tego, że gra.Szacun. Ale dobra, dalej. MYSLOVITZ. Kolejna rewelacja. Widać, że chłopaki to już poziom międzynarodowy. Serio. Bardzo wielki szacunek mam dla nich. Widać, że cały czas podnoszą sobie poprzeczkę, nie stawiają ograniczeń, poszukują i (czego brak moim zdaniem jest wielką wadą polskiej muzki) stawiają sobie wyzwania. Wspaniały koncert. W tak krótkim czasie udało im się pomieścić gitarowe granie, przeboje oraz praktycznie muzyczne performensy. Cudo. Pokazali między innymi COmie, że jeszcze ze dwie ligi ich dzielą. Co mnie zaskoczyło, bo pamiętałem ich jeszcze z trochę innych czasów, że zagarli naprawdę głośno, rockowo, silnie i bardzo drapieżnie. Po prostu Artyści. MAnic Street Preachers byli następni. Jak dla mnie koncert bez histori. Nie są to absolutnie moje rejony, ale to ma małe znaczenie. Nie mogę sobie przypomnieć niczego szczególnego z tego koncertu. Oprócz wokalisto-gitarzysty to miałem wrażenie, jakby reszta chciała jak najszybciej zejść ze sceny. Tylko poprawnie. No i finał. Chris Cornell. Trochę kontrowersji rodziło się przed koncertem. Z jednej strony przeszłość w Soundgarden, z drugiej ostatnia płyta z ....Timbalandem! Chyba jednak na dzień dzisiejszy "Krzyś" to już chyba tylko "Krzyś". Sam koncert rozpoczął się fajną oparwą świetlną, wokalista wyszedł jakby ciutkę speszony. Pierwsze 2 kawałki to takie trochę badanie terenu. Całe szczęście im dalej tym śmielej i bardzo dobrze, bo facet ma do zaprezentowania wiele, wiele dobrego, oczywiście ze swoim niesamowitym wokalem na czele. Suma sumarum wyszedł z tego zajebisty koncert. Co mi się podobało bardzo to mimo barwy głosu i (nie ma co mówić) aparycji frontmena, to to wszystko było wyważone i kompletne. Nie granie dla zrozpaczonych nastolatek, którym wystarcza teatr jednego aktora z ładną buzią, którym trzeba ponucić o rozdartym sercu i problemach, żeby jeszcze zwiększyć ich poziom frustracji

wiem , wiem szydzę trochę, ale chyba wiadomo o co chodzi. Dlatego koncert Chrisa jaki i cały festiwal, zwłaszcza drugi dzień, uważam za bardzo udany.