Ja tylko na chwilę,z tym "obiecanym" postem w obronie fantastyki. Napiszę krótko, w żadne esejopodobne wywody nie bedę się bawił.
Po pierwsze, zakładając, że nie robiłeś sobie jajców Ginola, to jesteś dla mnie w tym wypadku jak Yeti albo inne UFO. Tyle się o tym mówi a nigdy nie widziałem. Już nawet zaczynałem wierzyć w teorię, wedle której ta niechęć a nawet lekka pogarda ze strony majnstrimowców wobec fantastyki i fantastycznego fandomu to wymysł samego fandomu mający na celu dowartościowanie się i skonsolidowanie środowiska.
Przejdę od razu do sedna, później podeprę się cytatami z większych autorytetów.
Po pierwsze bezsensowne jest porównywanie czy fantastyka jest mniej czy bardziej poważna niż majnstrim. Bo na jakiej to ma się odbywać zasadzie? Ktoś weźmie 13 tom cyklu The Magic Shit From The Dark i skonfrontuje z, ja wiem, Victorem Hugo-to jest jasne kto "wygra". Ale można zrobić na odwrót-postawmy naprzeciw siebie np. Sapkowskiego czy Gardnera i porównajmy z jakimś głównonurtowym szitem, Coelho dajmy na to. I co? No właśnie.
A generalnie z fantastyką to jest tak, że to literatura najbardziej trafiająca w sedno. Fantastyka (cały czas będę pisał o tej dobrej fantastyce) polega na tym, że pisarz wyciąga z nas nasze emocje-lęki, tęsknoty, pragnienia itp.- i zaklina w archetypy. I korzystając z tychże tworzy historię. Opowiadającą właśnie o tych sprawach, które zaklął w archetypy.
Twórcy głównonurtowi też opowiadają o emocjach (chyba, że zapomną gubiąc się w tych swoich eksperymentach formalnych, podnoszących wartośc artystyczną jakoby), pewnie tych samych co fantaści.
Potwierdza te słowa (a w zasadzie to była jedną z inspiracji dla nich) Robin McKinley...:
"Dobra fantasy (i cała fantastyka-dop.mój) mówi o tym, co tkwi w nas gdzieś tam głęboko w środku, o marzeniach i tęsknotach, o nadziejach i lękach, o dążeniach, o tym wszystkim, co czyni nas istotami ludzkimi. Wspaniałe w fantasy jest to, że daje się za jej pomocą owe marzenia, tęsknoty, lęki i dążenia wydobyć z podśwaidomości i nazwać "czarami", "smokami" lub "elfami"-i przez to móc lepiej się z nimi zaznajomić."
...oraz Ursula Le Guin:
"Fantasy nie jest antyracjonalna, lecz pararacjonalna, nie jest antyrealistyczna, lecz surrealistyczna, to znaczy: jest realizmem wyższego poziomu. Używając terminologii freudowskiej: eksploatuje pierwotny, nie zaś wtórny proces myślowy. Wykorzystuje archetypy, a te- jak przestrzega Jung - są niebezpieczne. Fantasy o wiele bardziej niż literatura realistyczna bliska jest poezji, mistycyzmowi, obłędu. [...] Fantasy to podróż. Podróż do podświadomości, jak psychoanaliza."
Swoje trzy grosze dorzuca Jacek Sobota:
""[...]zawsze usiłuję podkreślić aspekt alegoryczności takiej twórczości (chodzi o fantastykę-dop.mój), pewnej jej skrótowości przekazu. Najpiękniej ujęła to bodaj Ursula Le Guin: Przyszłość jest metaforą. Przyszłość w SF to teraźniejszość do n-tej potęgi. Zatem w takim ujęci, fantastyka byłaby rodzajem lupy powiększającej, a zarazem wyolbrzymiającej pewne aspekty świata, zawsze kosztem innych. Rodzaj ekonomii literackiej, dość bezwzględnej-niektóre fragmenty rzeczywistości zostają powiększone, zyskując niemal niemal wymiary karykatury, inne sprowadzone bywają do roli bladego, rozpływającego się w niebycie tła."
Dlatego też nigdy nie zgodzę się, że porządna fantastyka to mało poważne opowiastki o smokach, elfach i rakietach. To jest dużo, dużo więcej.
Oczywiście można o ważnych rzeczach opowiadać poruszając się w konwencjach majnstrimowych, realistycznych. I wcale nie jest to, wg mnie, gorsze. Chyba kwestia gustu, dopełniania się, bo -patrz początek- żadna z konwencji nie jest ani gorsza ani lepsza.
Bo o tym, że fantazjowanie nie jest prymitywne czy nie poważne mówi Tolkien, w eseju "O baśniach" ze zbioru "Drzewo i liść"
"Fantazjowanie jest naturalną czynnością człowieka. Rozumowi ani nie zagraża ani nie obraża go bynajmniej, ani nie przytępia apetytu nań, pod żadnym pozorem nie zakłóca też percepcji racjonalizmu naukowego. Przeciwnie, im rozum bardziej przenikliwy i otwarty, tym bogatsze fantazje zdolen wytwarzać. Gdyby ludzie kiedykolwiek popadli w stan, w którym nie chcieliby lub nie mogli postrzegać prawdy w postaci faktów lub dowodów, Fantazja zaczęłaby więdnąć i zamierałaby dopóty, dooki ludzie nie zostaliby uzdrowieni. Jeśli ludzkość kiedykolwiek popadnie w taki stan - a nie wyadje się to zupełnie niemożliwe -Fanatzja zginie całkiem, zniknie, nie będzie już Fantazją, lecz Chorobliwą Ułudą."
To tak po krótce i mniej więcej. Mniej więcej o to mi chodzi, tylko brakuje wiedzy i terminologii aby to dokładnie wyrazić
Ja tylko na chwilę,z tym "obiecanym" postem w obronie fantastyki. Napiszę krótko, w żadne esejopodobne wywody nie bedę się bawił.
Po pierwsze, zakładając, że nie robiłeś sobie jajców Ginola, to jesteś dla mnie w tym wypadku jak Yeti albo inne UFO. Tyle się o tym mówi a nigdy nie widziałem. Już nawet zaczynałem wierzyć w teorię, wedle której ta niechęć a nawet lekka pogarda ze strony majnstrimowców wobec fantastyki i fantastycznego fandomu to wymysł samego fandomu mający na celu dowartościowanie się i skonsolidowanie środowiska.
Przejdę od razu do sedna, później podeprę się cytatami z większych autorytetów.
Po pierwsze bezsensowne jest porównywanie czy fantastyka jest mniej czy bardziej poważna niż majnstrim. Bo na jakiej to ma się odbywać zasadzie? Ktoś weźmie 13 tom cyklu The Magic Shit From The Dark i skonfrontuje z, ja wiem, Victorem Hugo-to jest jasne kto "wygra". Ale można zrobić na odwrót-postawmy naprzeciw siebie np. Sapkowskiego czy Gardnera i porównajmy z jakimś głównonurtowym szitem, Coelho dajmy na to. I co? No właśnie.
A generalnie z fantastyką to jest tak, że to literatura najbardziej trafiająca w sedno. Fantastyka (cały czas będę pisał o tej dobrej fantastyce) polega na tym, że pisarz wyciąga z nas nasze emocje-lęki, tęsknoty, pragnienia itp.- i zaklina w archetypy. I korzystając z tychże tworzy historię. Opowiadającą właśnie o tych sprawach, które zaklął w archetypy.
Twórcy głównonurtowi też opowiadają o emocjach (chyba, że zapomną gubiąc się w tych swoich eksperymentach formalnych, podnoszących wartośc artystyczną jakoby), pewnie tych samych co fantaści.
Potwierdza te słowa (a w zasadzie to była jedną z inspiracji dla nich) Robin McKinley...:
"Dobra fantasy (i cała fantastyka-dop.mój) mówi o tym, co tkwi w nas gdzieś tam głęboko w środku, o marzeniach i tęsknotach, o nadziejach i lękach, o dążeniach, o tym wszystkim, co czyni nas istotami ludzkimi. Wspaniałe w fantasy jest to, że daje się za jej pomocą owe marzenia, tęsknoty, lęki i dążenia wydobyć z podśwaidomości i nazwać "czarami", "smokami" lub "elfami"-i przez to móc lepiej się z nimi zaznajomić."
...oraz Ursula Le Guin:
"Fantasy nie jest antyracjonalna, lecz pararacjonalna, nie jest antyrealistyczna, lecz surrealistyczna, to znaczy: jest realizmem wyższego poziomu. Używając terminologii freudowskiej: eksploatuje pierwotny, nie zaś wtórny proces myślowy. Wykorzystuje archetypy, a te- jak przestrzega Jung - są niebezpieczne. Fantasy o wiele bardziej niż literatura realistyczna bliska jest poezji, mistycyzmowi, obłędu. [...] Fantasy to podróż. Podróż do podświadomości, jak psychoanaliza."
Swoje trzy grosze dorzuca Jacek Sobota:
""[...]zawsze usiłuję podkreślić aspekt alegoryczności takiej twórczości (chodzi o fantastykę-dop.mój), pewnej jej skrótowości przekazu. Najpiękniej ujęła to bodaj Ursula Le Guin: Przyszłość jest metaforą. Przyszłość w SF to teraźniejszość do n-tej potęgi. Zatem w takim ujęci, fantastyka byłaby rodzajem lupy powiększającej, a zarazem wyolbrzymiającej pewne aspekty świata, zawsze kosztem innych. Rodzaj ekonomii literackiej, dość bezwzględnej-niektóre fragmenty rzeczywistości zostają powiększone, zyskując niemal niemal wymiary karykatury, inne sprowadzone bywają do roli bladego, rozpływającego się w niebycie tła."
Dlatego też nigdy nie zgodzę się, że porządna fantastyka to mało poważne opowiastki o smokach, elfach i rakietach. To jest dużo, dużo więcej.
Oczywiście można o ważnych rzeczach opowiadać poruszając się w konwencjach majnstrimowych, realistycznych. I wcale nie jest to, wg mnie, gorsze. Chyba kwestia gustu, dopełniania się, bo -patrz początek- żadna z konwencji nie jest ani gorsza ani lepsza.
Bo o tym, że fantazjowanie nie jest prymitywne czy nie poważne mówi Tolkien, w eseju "O baśniach" ze zbioru "Drzewo i liść"
"Fantazjowanie jest naturalną czynnością człowieka. Rozumowi ani nie zagraża ani nie obraża go bynajmniej, ani nie przytępia apetytu nań, pod żadnym pozorem nie zakłóca też percepcji racjonalizmu naukowego. Przeciwnie, im rozum bardziej przenikliwy i otwarty, tym bogatsze fantazje zdolen wytwarzać. Gdyby ludzie kiedykolwiek popadli w stan, w którym nie chcieliby lub nie mogli postrzegać prawdy w postaci faktów lub dowodów, Fantazja zaczęłaby więdnąć i zamierałaby dopóty, dooki ludzie nie zostaliby uzdrowieni. Jeśli ludzkość kiedykolwiek popadnie w taki stan - a nie wyadje się to zupełnie niemożliwe -Fanatzja zginie całkiem, zniknie, nie będzie już Fantazją, lecz Chorobliwą Ułudą."
To tak po krótce i mniej więcej. Mniej więcej o to mi chodzi, tylko brakuje wiedzy i terminologii aby to dokładnie wyrazić.