W tym sezonie Tottenham potrafi wygrać z Eintrachtem we Frankfurcie, by kilka dni później dostać gonga od Nottingham Forest u siebie. Styl typowy dla Spurs – coś między nadzieją a frustracją. Ale za kulisami klubu dzieje się coś znacznie większego. I wszystko wskazuje na to, że Daniel Levy właśnie szykuje grunt pod jeden z najbardziej kluczowych okresów w nowożytnej historii Tottenhamu.
Levy gra na dwa fronty – sportowy i finansowy
Z jednej strony mamy półfinał Ligi Europy z Bodø/Glimt – finansowo najbardziej nierówny pojedynek tej fazy w historii europejskich pucharów. Spurs to klub z przychodem 528 milionów funtów, Norwegowie – nieco ponad 40 milionów. Czyli mniej więcej tyle, ile Tottenham zarobił w ubiegłym roku… na koncertach Beyoncé i NFL na swoim stadionie.
Z drugiej strony – Premier League i widmo upadku poza europejskie puchary, jeśli nie uda się wygrać Ligi Europy. A na to wszystko nakłada się osobista stawka Levy’ego. Bo jeśli Spurs faktycznie przerwą klątwę bez trofeów i wskoczą z powrotem do Ligi Mistrzów, to nie tylko uratują sezon. To może być moment, w którym Levy powie: "dziękuję, wychodzę".
Sprzedaż klubu? Moment jest idealny
Nieoficjalnie wiadomo, że Levy od miesięcy szuka inwestora. Jeśli miałby odejść – zrobi to z hukiem. Tottenham wyceniany jest obecnie na 3,75 miliarda funtów, a ENIC (czyli właściciel klubu) w 2001 roku zapłacił za niego zaledwie 40 milionów. To się nazywa przebitka. Gdyby teraz doszło do sprzedaży, Levy wyszedłby z tego jako miliarder.
I choć publicznie nic nie mówi, warto zwrócić uwagę na kilka ruchów:
– Vinai Venkatesham, były CEO Arsenalu, dołącza do Spurs od lata.
– Scott Munn, szef operacji sportowych, jest pod znakiem zapytania.
– Coraz głośniej mówi się o powrocie Fabio Paraticiego w roli doradczej.
To nie są zmiany kosmetyczne. To sygnał: przygotowujemy się na nowy rozdział.
A co z pieniędzmi? Spurs mają ich więcej, niż myślisz
Oficjalnie Tottenham notuje straty od czasu przeprowadzki na nowy stadion. Ale to tylko księgowa gra – chodzi o amortyzację, czyli spadek wartości infrastruktury w czasie. Gdy spojrzymy na realny przepływ gotówki (EBITDA), okazuje się, że Spurs to wciąż najbardziej dochodowy klub w historii Premier League.
I tu ciekawostka: badania Jasona Stephensa z MCO Insights ujawniają, że Tottenham ma aż 375 milionów funtów gotówki na kontach. Pieniądze nie figurują w oczywisty sposób w głównych raportach finansowych, bo są rozproszone po 13 różnych spółkach zarejestrowanych pod Lilywhite House.
Czy Tottenham ruszy na zakupy?
Nie licz na transferowe szaleństwo. Levy nie wyda więcej, niż zarobi – i nie zamierza tego zmieniać. Nawet jeśli miałby dostęp do ogromnego kredytu czy partnera z Zatoki Perskiej. Sam mówił w sprawozdaniu finansowym:
„Nie możemy wydawać tego, czego nie mamy”.
Ale przy takiej kasie w rezerwie, nowym CEO i potencjalnej zmianie właściciela, wszystko jest możliwe. Klub stoi na rozdrożu. Jeśli wygrają Ligę Europy i wejdą do Ligi Mistrzów, otworzą drzwi do złotej ery. Jeśli nie – może czeka ich kolejna przebudowa.
Jedno jest pewne: Tottenham to dziś nie tylko klub piłkarski. To finansowy kolos z niepewną duszą. A Daniel Levy ma w ręku wszystkie karty. Pytanie tylko, czy właśnie szykuje się, by je po raz ostatni rzucić na stół.
Komentarze: 0
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się.
Nie ma jeszcze komentarzy. Napisz pierwszy.