Tottenham – Crystal Palace, sobota 31 października, 18:30, Tottenham Hotspur Stadium
Dziewiętnastego września kibice Aston Villi śpiewali Robertowi De Zerbiemu, że rano zostanie zwolniony. Włoch stał wtedy przy linii bocznej z miną człowieka, który wie, że nie są w błędzie. Tottenham miał dwa punkty po pięciu kolejkach, 493 minuty bez gola i własne trybuny bijące sarkastyczne brawa za pierwszy celny strzał.
Minęło sześć tygodni. W sobotę o 18:30 ten sam De Zerbi podejmie Crystal Palace jako trener drużyny niepokonanej od trzech meczów — i jako ten, któremu nikt już nie śpiewa. Śpiewają komu innemu, ale o tym za chwilę.
Stamford Bridge zmieniło wszystko
Przełom przyszedł w miejscu, w którym Tottenham nie wygrywał od dekad. Tydzień temu Spurs pokonali Chelsea 2:0 — to dopiero ich drugie ligowe zwycięstwo na Stamford Bridge od trzydziestu sześciu lat, czyli od czasów, gdy premierem Wielkiej Brytanii była Margaret Thatcher.
Mecz rozstrzygnęła seria nieszczęść gospodarzy: fatalne wyjście bramkarza Mike'a Pendersa zakończone golem samobójczym, czerwona kartka dla Cole'a Palmera, a na koniec, w 87. minucie, solowy rajd i wykończenie Mathysa Tela. Gary Neville nie szukał eufemizmów, oceniając grę Chelsea.
De Zerbi nie szukał ich tym bardziej, tylko w drugą stronę. <q>Teraz jesteśmy kompletną drużyną</q> — powiedział po meczu, dodając, że zawodnicy grają lepiej i że styl zespołu wreszcie się poprawił.
To nie jest puste gadanie. Wcześniej był remis 1:1 w Manchesterze z United i wygrana 3:1 z Coventry. Dwa ligowe zwycięstwa z rzędu Tottenham osiągnął w tym sezonie po raz pierwszy. Z osiemnastego miejsca i dwóch punktów zrobiło się czternaste i dziewięć.
Daleko stąd do spokoju. Ale jeszcze dalej do tego, co było w połowie września.
Teraz to Palace liczy mecze trenera
Bo przyjeżdża dziś drużyna, która jest dokładnie tam, gdzie Spurs byli sześć tygodni temu.
Crystal Palace nie wygrało od czterech spotkań. Osiemnastego października przegrało 0:5 w Brighton. Tydzień później, u siebie, 0:2 z Newcastle. Siedem punktów, siedemnaste miejsce, najwięcej straconych bramek w lidze i najwięcej oddanych w ich kierunku strzałów.
Jest też statystyka, która mówi wszystko o tym, jak ten zespół zaczyna mecze: jedna piąta goli straconych przez Palace w tym sezonie padła w pierwszych dziesięciu minutach. W Brighton w tym czasie wpadły trzy.
Na ławce siedzi Pierre Sage, Francuz, który przyszedł po Oliverze Glasnerze — tym samym, który odszedł do Nottingham Forest. Sage poprowadził drużynę w dwunastu oficjalnych meczach i już musi tłumaczyć, że ma poparcie szatni i zarządu. Steve Parish na razie go nie zwolnił, ale „Guardian" napisał pod koniec tygodnia, że w klubie zdania są podzielone, a dzisiejszy wyjazd do północnego Londynu może przesądzić sprawę, jeśli Palace znowu wróci bez punktów.
Innymi słowy: na tym samym stadionie, na którym w połowie września trybuny i sektor gości odliczały dni De Zerbiemu, dziś odlicza się komu innemu.
Czego się spodziewać
Bukmacherzy dają Tottenhamowi kurs około 1,62, a modele statystyczne mniej więcej pięćdziesiąt osiem procent szans na wygraną gospodarzy, przy dwudziestu trzech na remis i dziewiętnastu na zwycięstwo Palace.
Spurs mają po swojej stronie formę, dom i rywala, który rozsypuje się po straconym golu. Mają też świeżą pamięć o tym, jak Tel i Marmoush wyglądali w roli zawodników wchodzących z ławki w kluczowych momentach.
Palace mają jedną rzecz: desperację i trenera, który gra o posadę. To w Premier League bywa walutą mocniejszą, niż wynika z tabeli. Warto też pamiętać, że w ostatnim bezpośrednim starciu, w marcu, to Orły wygrały 3:1.
Sędzią spotkania będzie Chris Kavanagh.
Jeśli Tottenham wygra po raz trzeci z rzędu, pierwsze pięć kolejek tego sezonu zacznie wyglądać jak epizod, a nie jak diagnoza. Jeśli przegra — wróci pytanie, czy Stamford Bridge było przełomem, czy tylko bardzo udanym popołudniem.