Bilbao, San Mamés. To miała być rutynowa konferencja prasowa przed finałem Ligi Europy. Szybkie pytania, parę wyważonych odpowiedzi, może uśmiech, może lekki żart. Ale Ange Postecoglou miał inne plany. Gdy tylko padło pytanie o jego dziedzictwo w Tottenhamie, szkoleniowiec Spurs odpalił bombę: „Nie będę klaunem”. Cisza w sali – a potem konsternacja.
Bo to nie był przypadek. Postecoglou odniósł się do nagłówka w Evening Standard, który – jego zdaniem – sprowadzał jego pracę w Londynie do medialnej błazenady. I nie zamierzał przejść nad tym do porządku dziennego. Od razu było widać: trener Tottenhamu jest nie tylko spięty. On jest w trybie wojennym.
Trener na krawędzi – i gotowy do walki
Postecoglou w ostatnich tygodniach coraz częściej pokazuje pazur. Równie często jak podkreśla swoją filozofię, daje też upust frustracjom. W Bilbao było podobnie – czuć było napięcie, ale i filozoficzną rezygnację. „Będę zdobywał trofea. Czy tu, czy gdzie indziej” – rzucił bez cienia ironii. Przekaz był jasny: on wie, kim jest. I nie pozwoli, by londyńskie nagłówki to zmieniły.
Wszyscy w jednym szeregu. Teraz albo nigdy
Podobny ton wybrzmiał też w słowach Heung-min Sona i Pedro Porro, którzy wystąpili przed trenerem. Wszyscy mówili jednym głosem: po fatalnym sezonie w Premier League – pełnym błędów, strat i zawiedzionych oczekiwań – liczy się tylko jedno. Finał. Wynik. Pokazanie, że Tottenham potrafi się podnieść.
Dla piłkarzy to być może ostatnia szansa, by zmazać plamę. Dla Postecoglou – szansa, by pokazać, że projekt, który miał być rewolucją, nie skończy się tylko na ładnych słowach.
Ale żeby ten finał miał sens, drużyna musi pokazać na boisku to, co ich menedżer pokazuje na konferencjach: charakter, bezkompromisowość i gotowość do wojny.
Komentarze: 0
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się.
Nie ma jeszcze komentarzy. Napisz pierwszy.