Roberto De Zerbi prosił przed meczem o sygnał. Mówił w klubowych mediach, że chce zobaczyć odwagę, osobowość i energię od pierwszej minuty, bo kibice na tym stadionie czekają na jakikolwiek znak. Dostał sześćdziesiąt trzy procent posiadania piłki, dwanaście strzałów i dwa celne.

Najbardziej wymowny moment wieczoru nie był golem ani obroną. Gdy Tottenham w drugiej połowie oddał wreszcie pierwszy celny strzał, z trybun posypały się sarkastyczne brawa.

Cztery kolejki, zero bramek. Spurs nigdy wcześniej w historii klubu nie rozpoczęli sezonu ligowego czterema meczami bez gola. Ostatnia taka czteromeczowa sucha seria zdarzyła się na przełomie sierpnia i września 2006 roku i — co za dowcip historii — zawierała domową porażkę 0:2 właśnie z Evertonem.

Dwa punkty, siedemnaste miejsce. W całej lidze tylko beniaminek z Coventry dzieli ze Spurs to samo wyzerowane pole w tabeli.

Szeroko, ładnie, bezzębnie

Zaczęło się nieźle. De Zerbi zrobił cztery zmiany: pierwszy w tym sezonie ligowy występ Dominica Solanke od pierwszej minuty, Andy Robertson na lewej obronie, Mateus Fernandes w środku i Archie Gray na prawej stronie — bo Porro i Udogie nadal są w lazarecie, obok Mudryka, Kulusevskiego, Odoberta i Simonsa. James Maddison po urazie barku wrócił przynajmniej na ławkę, a ściągnięty w ostatnim dniu okienka Tosin Adarabioyo po raz pierwszy znalazł się w kadrze meczowej.

Gospodarze rzeczywiście wyszli z energią, o którą prosił trener. Najlepszą okazję pierwszej połowy mieli po stałym fragmencie, gdy Jan-Paul van Hecke z bliska przestrzelił nad poprzeczką. I na tym w zasadzie koniec.

Energia bez ostatniego podania to w Premier League waluta bez pokrycia. Spurs kręcili piłką wokół szesnastki, dorzucali dośrodkowania, zbierali rzuty rożne — i uderzyli celnie dwa razy przez dziewięćdziesiąt minut. Siedem strzałów zostało zablokowanych przez niebieskie koszulki, co mówi o tym meczu więcej niż jakikolwiek opis.

Po godzinie gry De Zerbi wrzucił naraz trzech zawodników, potem jeszcze dwóch. Nie zmieniło to niczego poza tempem, w jakim narastało zniecierpliwienie na trybunach.

Everton był bliżej

I tu jest sedno wieczoru: to nie gospodarze mieli najlepsze sytuacje.

Na dwadzieścia pięć minut przed końcem David Moyes wpuścił Jacka Grealisha za Tyrique'a George'a i niemal natychmiast zrobiło się gorąco — tyle że pod bramką Tottenhamu. Antonin Kinsky fatalnie wyprowadził piłkę, podając wprost pod nogi Kiernana Dewsbury-Halla. Anglik wyszedł sam na sam i trafił prosto w bramkarza. Chwilę później ten sam Dewsbury-Hall wypatrzył w polu karnym Brennana Johnsona, ale Walijczyk przestrzelił.

Tak, ten sam Brennan Johnson, który piętnaście miesięcy temu strzelił Tottenhamowi zwycięskiego gola w finale Ligi Europy. Scenariusz był gotowy. Nie dokończył go, ale samo to, że miał szansę, jest oskarżeniem pod adresem gospodarzy.

Everton przyjechał do Londynu z osiemnastoma zawodnikami z pola. Po chaotycznym zamknięciu okienka Moyes nie miał kontuzjowanego Christiana Nørgaarda, a Merlin Röhl w ogóle nie znalazł się w kadrze meczowej — na prawej obronie zadebiutował w wyjściowym składzie Ainsley Maitland-Niles, ten sam, który tydzień temu w dziewięćdziesiątej szóstej minucie uderzeniem z dystansu ratował remis z Manchesterem United.

Trzydzieści siedem procent posiadania, dziesięć strzałów, trzy celne, dwie żółte kartki i zero paniki. Bardzo moyesowski wieczór. Toffees są niepokonani, mają sześć punktów po czterech kolejkach i pięć meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach.

Co dalej

Liczby robią się nieprzyjemne. Dziesięciu nowych zawodników, ponad trzysta osiemdziesiąt milionów funtów wydane latem, trzysta sześćdziesiąt minut ligowej gry i ani jednego gola. De Zerbi po meczu w Nottingham tłumaczył, że papier i okienko transferowe to za mało, że drużyna dopiero się buduje. To był rozsądny argument tydzień temu. Dziś brzmi jak coś, czego trybuny nie chcą słuchać po raz kolejny.

W przyszłą sobotę na Tottenham Hotspur Stadium przyjeżdża Aston Villa. Everton u siebie podejmuje Ipswich.

Jest jedna pocieszająca statystyka dla gospodarzy: w ostatnich osiemnastu domowych meczach ligowych z Evertonem Spurs przegrali tylko raz. Tyle że w tej chwili w północnym Londynie nikt nie liczy już wygranych. Liczą gole. Wciąż od zera.

Tottenham: Kinsky – Gray, van Hecke, van de Ven, Robertson – Bentancur, Tonali, Mateus Fernandes – Savinho, Marmoush, Solanke

Everton: Pickford – Maitland-Niles, Tarkowski, Branthwaite, Mykolenko – Armstrong, Garner, Dewsbury-Hall – Johnson, George, Barry