Zacznijmy od liczby, która nie wymaga komentarza, choć i tak go dostanie.

Zero.

Tyle bramek strzelił Tottenham w trzech pierwszych kolejkach Premier League. Ostatni raz taka rzecz przydarzyła się temu klubowi w 1974 roku, gdy Spurs wciąż grali przy White Hart Lane, a większość obecnej szatni nie miała jeszcze rodziców na świecie. Zero to też liczba celnych strzałów oddanych tydzień temu w Nottingham. I xG z tamtego meczu: 0.0. Nie 0,3, nie 0,1. Okrągłe, matematycznie czyste zero.

Za to sto milionów funtów kosztował Sandro Tonali. Osiemdziesiąt pięć — Mateus Fernandes. Do tego Omar Marmoush, Savinho, Conor Gallagher, Jan-Paul van Hecke, Andy Robertson. Latem na Hotspur Way wjechało ponad trzysta milionów i wyjechało z tego jeden punkt.

Roberto De Zerbi nie panikuje, w każdym razie nie przed kamerami. Włoch po remisie na City Ground mówił o złych decyzjach w ostatniej tercji, wyliczał akcje, które powinny skończyć się golem — strzał Marmousha zamiast podania do wbiegającego Robertsona, dośrodkowania Tela i Savinho lecące metr za daleko. Rzucił przy tym zdanie, które w Londynie zapewne jeszcze nie raz mu przypomną: papier i okienko transferowe to za mało. Ma rację. Pytanie brzmi, czy to argument, czy już alibi.

Bo problem nie zaczął się w sierpniu. Tottenham przez większość 2026 roku nie wygrywał, utrzymał się dopiero w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu i — co za symetria — zrobił to właśnie przeciwko Evertonowi, wygrywając 1:0 po golu João Palhinhy. Nikt w północnym Londynie nie chce o tamtym popołudniu pamiętać, a los podrzuca tego samego rywala trzy kolejki po starcie nowego sezonu.

Everton robi swoje i nikt tego nie zauważa

Tymczasem na Merseyside dzieje się coś, o czym mówi się zdecydowanie za mało. David Moyes nie przegrał jeszcze meczu. Wygrana 2:0 z Crystal Palace, remis 1:1 w Bournemouth i 2:2 z Manchesterem United, w którym Everton wyrównał w dziewięćdziesiątej minucie, dwie minuty po straconej bramce. Pięć punktów, ósme miejsce, zero fajerwerków, zero paniki.

To bardzo moyesowski Everton. Z United miał czterdzieści pięć procent posiadania piłki i wyszedł z tego z punktem, bo w polu karnym był skuteczniejszy i dlatego, że do końca nie odpuścił. Tarkowski i wracający do zdrowia Branthwaite tworzą jedną z solidniejszych par stoperów w lidze, Pickford jest Pickfordem, a przebudowane skrzydła — Nørgaard, Hackney, Tyrique George, wykupiony Merlin Röhl — dały drużynie świeżość, której brakowało jej przez większość zeszłej wiosny.

Innymi słowy: do Londynu przyjeżdża dokładnie ten typ rywala, którego Spurs w obecnym stanie chcieliby zobaczyć najmniej. Everton nie otworzy się i nie da się rozmontować w otwartej grze. Będzie czekał.

Johnson wraca tam, gdzie był bohaterem

Piętnaście miesięcy temu Brennan Johnson strzelił gola w finale Ligi Europy i zakończył siedemnastoletnią posuchę Tottenhamu bez trofeum. Potem wypadł z łask, odszedł zimą do Crystal Palace za trzydzieści pięć milionów, spędził tam siedem miesięcy bez bramki i latem został wymieniony na Dwighta McNeila.

W sobotę wraca na stadion, na którym wciąż wiszą jego zdjęcia, tyle że w niebieskim. Gdyby scenarzysta napisał coś takiego, kazano by mu poprawić — za grubo.

Składy i typ

Tottenham (4-2-3-1): Kinsky – Porro, van Hecke, van de Ven, Udogie – Bentancur, Tonali – Savinho, Gallagher, Tel – Marmoush

Everton (4-3-3): Pickford – Röhl, Tarkowski, Branthwaite, Mykolenko – Armstrong, Garner, Dewsbury-Hall – Johnson, George, Barry

Spurs są faworytem — papierowym, bo wynikającym wyłącznie z nazwisk w składzie. A ten kredyt zaufania ma już całkiem niezłe oprocentowanie.

Marmoush i Tel potrafią rozstrzygnąć taki mecz w pięć minut. Tyle że żeby to zrobić, ktoś musi w końcu trafić w bramkę — dosłownie. A jeśli Everton strzeli pierwszy, resztę roboty wykona atmosfera na trybunach.

Typ: 1:1.