Kto liczył, że Tottenham rzuci się na Aston Villę jak wygłodniały wilk, ten się przeliczył. W piątek w Birmingham „Koguty” wyszły na boisko bez połowy obrony i bez większego ciśnienia. Bo prawda jest taka: wszystko, co najważniejsze, wydarzy się dopiero w środę w Bilbao.
Romero? Van de Ven? Udogie? Zostali w domu. Bo po co ryzykować, skoro za kilka dni grasz o finał Ligi Europy i być może bilet do Ligi Mistrzów?
– Tak, nie grali od dwóch tygodni. Ale są gotowi. Trenowali mocno, nie było sensu ich ciągać na mecz, który nic nam nie dawał – rzucił spokojnie Ange Postecoglou. Zero paniki, pełna kontrola.
Australijczyk dobrze wie, że z nimi w składzie Tottenham wygląda jak drużyna z ambicjami, a bez nich – jak zlepek przypadkowych ludzi. – Gdy ci goście są na boisku, nasze szanse rosną. Proste – skwitował.
Ale żeby nie było zbyt różowo – jeden znak zapytania się pojawił. Pape Matar Sarr zszedł z boiska w drugiej połowie, od razu do tunelu, bez uśmiechu.
– Plecy. Coś poczuł. Nie wygląda to groźnie, rozmawialiśmy z nim – uspokajał trener.
Tottenham przegrał mecz numer 21 w tym sezonie Premier League, ale kogo to teraz obchodzi? Jeśli w środę wieczorem w Bilbao uniosą puchar – wszystko inne pójdzie w niepamięć. A Postecoglou dobrze wie, jak się gra takie mecze. I wie, że czasem trzeba przegrać, żeby później wygrać to, co naprawdę się liczy.
Komentarze: 0
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się.
Nie ma jeszcze komentarzy. Napisz pierwszy.