Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Czy to koniec Martina Jola?

14 kwietnia 2010, 12:03, Sebastian Safian
Nie tak miał się zacząć ten sezon. Wszyscy ostrzyliśmy sobie zęby na "TOP FOUR", tymczasem rzeczywistość szybko zrujnowała nasze marzenia o Lidze Mistrzów. Porażkę z Sunderlandem można było jeszcze jakoś przeżyć, z Evertonem zagraliśmy koszmarnie, ale wciąż się łudziliśmy. Po zwycięstwie z "Baranami" nasze morale znów się poprawiły. Jednakże 3 następne spotkania ukazały naszą główną słabość. Brak mentalności zwycięzców.

Skupię się głównie na naszym ostatnim meczu, czyli klęsce z Arsenalem. Wszyscy nasi piłkarze jak jeden mąż twierdzili, że ten mecz będzie pokazem ich miłości i zaufania dla menedżera Martina Jola i to właśnie jemu dedykują wygraną z odwiecznym rywalem. Jednak nie da się ukryć, że nasi chłopcy oprócz zaangażowania nie pokazali wczoraj nic. Żadnej składnej akcji, gra oparta głównie na szczęściu i liczeniu na błąd rywala. A tak z Arsenalem grać nie można. Nasi rywale o przodownictwo w północnym Londynie bombardowali naszą bramkę non-stop. Ręce same składały się do oklasków, gdy piękną akcję wyprowadzał Fabregas, Hleb, czy Van Persie, a do siatki Paula Robinsona próbował trafić nowy Thierry Henry w ekipie Kanonierów - Adebayor.

Mogło być jednak inaczej, gdyby nie mierna postawa Berbatova, Keane'a oraz Benta. Cała trójka naszych napastników, warta około 50 mln funtów nie potrafiła znaleźć recepty na pokonanie Almunii i porażka "Kogutów" stała się niezaprzeczalnym faktem. Jedynym pozytywnym akcentem tego spotkania była świetna dyspocyzja naszej młodziutkiej wschodzącej gwiazdy Garetha Bale'a. Mógł stać się bohaterem, jednak skutecznie uniemożliwili mu to nasi gwiazdorzy z formacji ataku i broniący, chwilami bajecznie, jednak ponownie mający problemy z ustawieniem się podczas strzałów z dystansu Paul Robinson. Gdyby nie pojedyncze błędy i lekceważenie sytuacji podbramkowych mogliśmy spokojnie zwyciężyć i cieszyć się z historycznego zwycięstwa nad Kanonierami. Niestety nasze Koguty karzą nam czekać na glorię kolejny długi rok.

W czym zatem zawinił Martin Jol? Miał już niemal cały skład do dyspozycji, a mimo to nie potrafił ograć Arsenalu osłabionego jak nigdy, bez Gallasa, Lehmanna, Senderosa, czy Eboue. No i przede wszystkim bez Thierry'ego Henry. Stara prawda głosi, że jeśli na coś liczyć, to musisz liczyć na siebie. Jol chyba o tym zapomniał. Śmiem twierdzić, że dysponujemy większym potencjałem niż Arsenal. Sam Berbatov jest zawodnikiem posiadającym większy potencjał od każdego napastnika Arsenalu, jednak nie ma on należytego wsparcia ze strony kolegów. Napastnicy Arsenalu są przez całe spotkanie obdarowywani wyśmienitymi podaniami przez swoich partnerów z linii pomocy, natomiast nasza gra polega głównie na starej, polskiej taktyce "bij i leć".

Druga ważna sprawa to Robbie Keane, czyli święta krowa w szeregach Martina Jola. Menedżer "Kogutów" obiecał naszemu kapitanowi występy w wyjściowej "jedenastce" nawet po mimo słabej dyspozycji, co wydaje się być krokiem karygodnym i nieuczciwym wobec reszty piłkarzy. Keane to nie Drogba, czy Torres, którzy nawet w słabszej dyspozycji są wciąż czołowymi napastnikami nie tylko Premier League, ale i na całym świecie. Trzeba powiedzieć to otwarcie -"Keano" jest bez formy i powinien usiąść na ławce. Wchodzenie z ławki wychodzi mu całkiem dobrze, co pokazywał już nieraz w poprzednich sezonach. Właśnie wtedy dopiero potrafi dojść do szczytu formy. Pierwszy skład powinien być zarezerwowany dla Jermaina Defoe, który mimo swoich oczywistych wad, ma większe zdolności do gry kombinacyjnej, a taki partner w ataku z całą pewnością bardziej odpowiada naszemu bułgarskiemu "maestro".

Trzecia rzecz to Jermaine Jenas. Oglądanie jego gry to koszmar dla oczu. W Tottenhamie nie powinno być miejsca dla graczy, którzy potrafią przestać cały mecz w jednym miejscu z ramionami na biodrach. Wczorajszy występ Jenasa można określić jednym słowem: Quiet. I tak dzieje się coraz częściej. Martin Jol naiwnie wierzył, że Jenas wyrośnie na lidera, jednak to właśnie Jenas potrzebuje lidera, który pokieruje go do walki i zmobilizuje na boisku do podwinięcia rękawów i zniszczenia niejednych spodenek na twardej murawie Premier League.

Nasza gra obronna wygląda jeszcze gorzej. Obserwując kolejne mecze odnosi się wrażenie, że defensorzy tak naprawdę nie bardzo wiedzą, co dzieje się wokół nich na boisku. Każda piłka która przechodzi przez Dawsona ląduje później na głowie obrońców przeciwników, bądź w skrajnych wypadkach, na trybunach. A akcje ofensywne naszych bocznych obrońców wołają o pomstę do nieba. Cieszyło nas odejście z Arsenalu Ashley'a Cole'a , a tu proszę jaki następca mu wyrósł - Gael Clichy. "Spurs" takiego obrońcy nie posiadają w swoich szeregach. Brak w składzie przyzwoitych skrzydłowych oraz bocznych obrońców sprawia, że Martin Jol może mieć nie lada orzech do zgryzienia.

Naszym największym problemem jest jednak golkiper Paul Robinson. Myślę, że najprościej zilustruje nam jego sytuację Jens Lehmann. Niemiec po dwóch katastrofalnych błędach usiadł na trybunach. Mówi się o kontuzji, jednak nikt nie jest na tyle naiwny, by w to wierzyć. Tymczasem Robinson, mimo że w każdym meczu zalicza karygodne błędy, często przesądzające o naszej porażce, wciąż może liczyć na miejsce w wyjściowym składzie. A rezerwowy bramkarz Radek Cerny na ławce powoli zaczyna zapuszczać korzenie.

Całość ukazuje, że Martin Jol stracił kontrolę nad Tottenhamem, stracił koncepcję, która w sezonie 2005/06 dzięki sprzyjającej fortunie sprawdzała się perfekcyjnie. Martin Jol boi się ryzyka, boi się stawiania na piłkarzy niesprawdzonych. Nasz menedżer notorycznie stawia na tych samych, na tych, którzy zawodzą. Na tych którzy są bez formy. Każdy zawodnik w innym czasie dochodzi do optymalnej formy. Jeśli Martin Jol nie umie ocenić który gracz na obecną chwilę jest najlepszy i wciąż wystawia "żelazną 11" powinien podać się do dymisji. Chyba że wszyscy gracze z jego obecnej liczącej prawie 30 osób kadry są w tak beznadziejnej dyspozycji.

Jednak największym problemem, który powoli przeradza się w kompleks Martina Jola jest brak sukcesów. Jeden Puchar Holandii to nie sukces. A Tottenham potrzebuje menedżera nie tylko głodnego sukcesu, ale i takiego, który już pewne sukcesy osiągał. Mamy paczkę młodych, zdolnych graczy. By doprowadzić ich do sukcesu potrzeba im doświadczonego menedżera potrafiącego sobie lepiej niż Jol radzić z presją. Bez tego nie ruszymy z miejsca, tylko będziemy się cofać, jak to czynimy w tym sezonie. Wszyscy widzieliśmy styl gry naszych piłkarzy, strach w oczach, brak szybkości i pomysłu na grę. Braw za to nie otrzymali żadnych.

Teraz wypada tylko czekać na decyzję Daniela Levy'ego. Czy wytrzyma presję, czy nie? Czy zamydlą mu oczy ewentualne zwycięstwa w najblizszych dniach z Cypryjczykami i słabiutkim Boltonem? Pozostaje cierpliwie poczekać na rozwój wydarzeń. Dymisja Jola zbliża się jednak na szczudłach wielkimi krokami.
Źródło: własne

0 komentarzy ODŚWIEŻ

tabela ligowa

Drużyna M Z R P PKT
1. AFC Bournemouth 0 0 0 0 0
2. Arsenal FC 0 0 0 0 0
3. Aston Villa F.C. 0 0 0 0 0
4. Brighton & Hove Albion F.C. 0 0 0 0 0
5. Burnley FC 0 0 0 0 0
6. Chelsea FC 0 0 0 0 0
7. Crystal Palace 0 0 0 0 0
pokaż całą tabelę

ankieta

Na którym miejscu w tabeli drużyna Tottenhamu zakończy rozgrywki Premier League w sezonie 2020/2021?
1 0%
2-3 37.5%
4-6 25%
7-10 25%
11-20 12.5%
8 oddanych głosów
archiwum ankiet
Użytkownicy online: Gości online: 14 Zarejestrowanych użytkowników: 4913 Ostatnio zarejestrowany: galon11

Zaloguj się

Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Zarejestruj się