Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Hall of Shame

29 czerwca 2008, 14:45, Sebastian Safian
Obecność w składzie Spurs Grzegorza Rasiaka budziła niezrozumienie. U boku trzech wyśmienitych napastników znalazł się bowiem piłkarz, którego umiejętności nijak miały się do standardów czołowej drużyny Premiership. Polak nie był jednak ani pierwszym, ani ostatnim niewypałem w historii pierwszej linii THFC. Zapraszamy do subiektywnego przeglądu nieudanych nabytków ofensywnych Tottenhamu. Witamy w Korytarzu Hańby.

W tekście skoncentrujemy się jedynie na zawodnikach, którzy grali w Tottenhamie w XXI wieku. Wprawdzie mocno zawęża to pole poszukiwań, pozwala mimo wszystko wyłowić kilka ciekawych przykładów nieudanej polityki transferowej klubu. O ile jednak Grzegorz Rasiak zdecydowanie odstaje od poziomu kolegów grających naprawdę dobrze, o tyle niektórzy z opisywanych niżej piłkarzy radzili sobie słabo w okresie, gdy Spurs walczyli co najwyżej o miejsce w pierwszej dziesiątce ligi.

W czerwcu 1995 roku na White Hart Lane pojawił się napastnik, z którym ówczesny trener - Gerry Francis wiązał duże nadzieje. Trzeba przyznać, że nie były one bezpodstawne. Chris Armstrong, bo o nim mowa, w swoim poprzednim klubie - przeciętnym Crystal Palace - rozegrał 136 meczów i strzelił aż 57 goli. Nic dziwnego, że Francis zdecydował się wyłożyć za niego 4,5 miliona funtów i ściągnął go na White Hart Lane. Armstrong miał wówczas 24 lata i wielka kariera stała przed nim otworem. Niestety, pobyt Armstronga w Tottenhamie znaczyły liczne kontuzje i spowodowane nimi obniżki formy. Wprawdzie jego bilans prezentuje się całkiem nieźle (w 141 meczach ligowych strzelił 48 bramek), jak jednak łatwo policzyć, w czasie 7-letniego pobytu na WHL Armstrong opuszczał średnio 18 spotkań ligowych w sezonie. Latem 2002 roku Chris podpisał kontrakt z Bolton Wanderers, później grał jeszcze w walijskim Wrexham, zanim w maju 2005 roku zakończył karierę.

Prawie połowę mniej kosztował Steffen Iversen, gdy w grudniu 1996 roku przychodził do Tottenhamu z Rosenborga Trondheim. Norweg był opromieniony występami w Lidze Mistrzów i wydawało się, że Spurs wydając na niego zaledwie 2,7 miliona funtów zrobili znakomity interes. Owszem, Iversen miewał przebłyski (hat-trick w spotkaniu z...), jednak ani jego ostateczny bilans (177 meczów/47 goli), ani będąca tajemnicą poliszynela skłonność do imprezowania i wyskokowych trunków nie przysporzyły mu wielu zwolenników wśród kibiców THFC. Stylem gry Iversen przypominał trochę Grzegorza Rasiaka - był wolny, nie najlepszy technicznie i kiepsko grał głową. Ustrzelił wprawdzie kilkadziesiąt bramek, jednak po pierwsze konkurencja w ataku Spurs była wówczas nieporównywalnie mniejsza, a po drugie dostawał dużo więcej szans. Wszystko to sprawiło, że kibice bez żalu pożegnali Norwega, gdy ten latem 2003 roku odchodził do beniaminka Premiership, Wolverhampton Wanderers.

Wyczyny poprzedników bledną wobec popisów kolejnego bohatera naszej Hall of Shame, Siergieja Rebrowa. George Graham, wydając w czerwcu 2000 roku rekordową do dziś sumę 11 milionów funtów był przekonany, że napastnik Dynama Kijów z miejsca stanie się wielką gwiazdą nie tylko Tottenhamu, ale wręcz całej ligi. W barwach ukraińskiego klubu, Rebrow w 157 występach strzelił 86 goli i zaliczył niezliczoną liczbę asyst przy trafieniach partnera z pierwszej linii - Andrija Szewczenki. W Lidze Mistrzów para Szewczenko - Rebrow siała popłoch w całej Europie, dochodząc do półfinału tych rozgrywek. Nic dziwnego, że w kolejce po supernapastników ustawiły się praktycznie wszystkie wielkie firmy Starego Kontynentu. Szewa zgodnie z przewidywaniami wybrał jedną z potęg - włoski AC Milan. Gdy jednak Rebrow ogłosił swoją decyzję, cały piłkarski świat osłupiał. Zamiast przejść do Barcelony, Juventusu czy Realu Madryt, Rebrow zdecydował się na przeciętny wówczas Tottenham. Jak się miało później okazać, to był błąd jego życia. W pierwszym sezonie było jeszcze w miarę nieźle, jednak po odejściu Grahama i przyjściu Glenna Hoddle'a dla Rebrowa rozpoczęły się ciężkie czasy. W pierwszym sezonie Hoddle zachowywał jeszcze resztki pozorów i wpuszczał Siergieja na końcówki spotkań, później zaprzestał nawet tego. Rebrow regularnie gościł na trybunach i było jasne, że nie ma sensu dłużej utrzymywać kosztownego rezerwowego. Ukrainiec dwukrotnie był wypożyczany do Fenerbahce Stambuł, aby wreszcie odejść w lipcu 2004 roku do West Hamu. Tam również nie zrobił kariery i po roku wrócił do macierzystego Dynama. Ligowy bilans Rebrowa na White Hart Lane: 59 meczów/10 goli.

Dotychczas opisywani piłkarze byli drodzy i obiecujący, dlatego nawet niezłe występy zostały w ich przypadku ocenione jako nieudane. Pretensje mogli mieć zatem tylko do siebie. W przypadku Gary'ego Doherty'ego, największą krzywdę wyrządził mu Glenn Hoddle. Młody Irlandczyk przyszedł do Tottenhamu z Luton Town w kwietniu 2000 roku za marny milion funtów. Sprowadzono go głównie jako obrońcę, on sam jednak nie ukrywał, że może grać również w pierwszej linii. W listopadzie 2000 roku mówił: "Mogę grać zarówno w obronie, jak i w ataku. Na razie unikam jednoznacznej deklaracji, bowiem uniwersalność może mi pomóc w wywalczeniu miejsca w pierwszym składzie Spurs". Niestety, Glenn Hoddle wziął sobie te słowa do serca i w czasie swoich rządów z uporem maniaka próbował zrobić z Doherty'ego środkowego napastnika. Tym sposobem Doc zamiast zostać zapamiętanym jako niezły środkowy obrońca, stał się jako napastnik pośmiewiskiem całej ligi. Fakt faktem, były ku temu solidne podstawy. Doherty nie miał techniki, szybkości, zwrotności ani silnego strzału. Jedyne, czy imponował, była niezła gra głową. Ot, typowy brytyjski "przecinak". Łatwo zauważyć, że z taką charakterystyką ciężko o sukces w pierwszej linii zwłaszcza, gdy za partnera ma się podstarzałego i nigdy nie imponującego dynamiką Teddy'ego Sheringhama. W owym czasie atak Spurs zwyczajnie nie istniał. Dla porządku przywołajmy jeszcze statystyki Doherty'ego: w lidze zagrał 64 razy i strzelił 4 gole. Co ciekawe, tyle samo trafień zaliczył w 8 meczach Pucharu Anglii. Latem 2004 roku po Doca zgłosiło się Norwich City, z którym to klubem Gary spadł z Premiership i gra tam do dziś.

Przed rozpoczęciem sezonu 2003/2004 do Glenna Hoddle'a dotarło, że musi znacząco wzmocnić linię ataku. Pierwszym transferem byłego selekcjonera reprezentacji Anglii był zakup z FC Porto Heldera Postigi. Portugalski nastolatek kosztował ponad 6 milionów funtów. Przychodził do Spurs jako mistrz Portugalii, zdobywca pucharu tego kraju i Pucharu UEFA. Niestety, już po kilku meczach stało się jasne, że nie zawojuje on Premiership. Był za słaby fizycznie, zawsze o jedno tempo za wolny, nie pasował do brytyjskiego stylu. W sezonie strzelił zaledwie jednego gola w lidze (ładne trafienie w zwycięskim meczu z Liverpoolem) i jednego w Pucharze Ligi. Po zakończeniu rozgrywek wrócił do Portugalii, w przeciwnym kierunku zaś podążył Pedro Mendes. Postscriptum do krótkiej kariery Heldera na WHL dopisał były trener FC Porto, obecnie menedżer Chelsea, Jose Mourinho mówiąc: "Nie zdziwiłem się, gdy Tottenham zgłosił się do nas w poszukiwaniu piłkarzy - w końcu byliśmy zdobywcami Pucharu UEFA. Zdumiałem się jednak, gdy Glenn Hoddle złożył ofertę na Heldera Postigę. Kto jak kto, ale Helder zupełnie nie pasował do ligi angielskiej. Był zbyt delikatny, nieukształtowany. Ale ponieważ Spurs oferowali bardzo dobre pieniądze, nie wyprowadziłem ich z błędu i zaakceptowałem transfer".

Inny piłkarz kupiony latem 2003 roku, Bobby Zamora nie bardzo pasuje do Hall of Shame, bowiem grał w Spurs zbyt krótko, aby kategorycznie określić go mianem "niewypału". Warto jednak wspomnieć Bobby'ego, ponieważ jego droga do Premiership jest podobna do tej, jaką wykonał Grzegorz Rasiak. Zamora również przyszedł do Spurs jako strzelec wyborowy w Division One (kupiony z Brighton & Hove Albion za 1,5 miliona funtów), nie dostawał zbyt wielu szans (18 występów, większość z ławki rezerwowych), strzelił zaledwie jednego gola. Szybko, bo już w styczniu 2004 roku uczestniczył w wymianie z West Ham United (w przeciwnym kierunku powędrował Jermain Defoe) i wrócił do niższej klasy rozgrywkowej. W poprzednim sezonie wywalczył z Młotami awans do Premiership i w obecnych rozgrywkach jest ważnym punktem teamu Alana Pardew. Bobby'emu nie udała się pierwsza przygoda z Premiership, wrócił zatem do Division One i "własnoręcznie" wywalczył sobie awans. Być może właśnie Zamora powinien być wzorem do naśladowania dla Grzegorza Rasiaka?

W ostatnim czasie wśród angielskich kibiców Tottenhamu modne stało się określanie Rasiaka mianem "Wooden Pole" (gra słów: drewniany Polak, ale też: drewniany palik). Nie da się ukryć, że styl gry Rasiaka jest w pewnym sensie "drewniany". Nie da się jednak również ukryć, że określanie go mianem najgorszego piłkarza w dziejach THFC jest sporym nadużyciem. Pomijając klasę sportową, Rasiak zaliczył zbyt mało występów, aby ferować wobec niego tak jednoznaczne wyroki. Najlepiej dla wszystkich byłoby, gdyby Rossi latem odszedł z Tottenhamu i podjął kolejną, miejmy nadzieję, że tym razem udaną, próbę zawojowania Premiership. Wprawdzie wiecznego pobytu w Hall of Shame i tak nie uniknie, może jednak zminimalizować swoją w nim role.

autor: Krzysztof Runowski (halabala)
Źródło: własne

0 komentarzy ODŚWIEŻ

tabela ligowa

Drużyna M Z R P PKT
1. Liverpool FC 21 20 1 0 61
2. Manchester City 22 15 2 5 47
3. Leicester City 22 14 3 5 45
4. Chelsea FC 22 12 3 7 39
5. Manchester United 22 9 7 6 34
6. Sheffield United F.C. 22 8 8 6 32
7. Wolverhampton FC 22 7 10 5 31
pokaż całą tabelę

ankieta

Na którym miejscu w tabeli drużyna Tottenhamu zakończy rozgrywki Premier League w sezonie 2019/2020?
1 17.24%
2-3 36.21%
4-6 29.31%
7-10 13.79%
11-20 3.45%
58 oddanych głosów
archiwum ankiet
Użytkownicy online: Kamilos Gości online: 13 Zarejestrowanych użytkowników: 4891 Ostatnio zarejestrowany: Severter

Zaloguj się

Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Zarejestruj się