Minął rok od odejścia Daniela Levy'ego ze stanowiska prezesa Tottenhamu, które zajmował przez niemal ćwierć wieku. Serwis „i News" opublikował obszerny materiał oparty na rozmowach z byłymi pracownikami klubu i trenerami, którzy pracowali z 64-latkiem. Wnioski są zaskakujące: część z nich uważa, że realna władza nigdy nie leżała w rękach Levy'ego.

„Joe prowadził klub"

Jeden z byłych trenerów Spurs, który zdecydował się mówić anonimowo, przekonuje, że to Joe Lewis podejmował najważniejsze decyzje, a Levy zarządzał klubem w jego imieniu. Szkoleniowiec zaznaczył przy tym, że Lewis zawsze był dostępny pod telefonem, i dodał wprost: „Daniel mnie nie zwolnił, zrobił to Joe Lewis".

Ten sam trener podkreśla jednocześnie, że Levy nie wtrącał się w pracę sztabu. Nie pojawiał się na treningach, był dostępny, jeśli szkoleniowiec chciał porozmawiać, ale nie narzucał swojego zdania. Wyjątkiem miały być pojedyncze przypadki transferowe, w których obie strony się nie zgadzały.

Człowiek niewielu słów

Inni rozmówcy „i News", również anonimowi, opisują byłego prezesa jako dobre towarzystwo, ale człowieka bardzo małomównego. Jedno ze źródeł stwierdziło, że Levy nie jest osobą, która rozkręca towarzystwo przy stole, i że to po prostu kwestia jego charakteru.

Zaskakujący jest natomiast obraz Levy'ego jako menedżera zaangażowanego w drobiazgi. Część piłkarzy miała być zdumiona tym, jak bardzo prezes wchodził w szczegóły — potrafił odwiedzać zawodników w domach, żeby domknąć negocjacje kontraktowe, znał też osobiście klubowego magazyniera odpowiedzialnego za sprzęt.

Nowa era pod rządami rodziny Lewisów

Rodzina Lewisów od początku podkreśla, że po odejściu Levy'ego klub wszedł w nowy etap i będzie funkcjonował inaczej. Najlepiej widać to na rynku transferowym: dotychczasowy klubowy rekord, czyli 65 mln funtów wydane na Dominica Solanke, został w ostatnim oknie pobity aż trzykrotnie.

Relacja byłego trenera nie zmienia tego, jak Levy jest oceniany przez kibiców — ale rzuca inne światło na podział ról w klubie. Jeśli anonimowe źródła mają rację, przez lata krytyka spadała na człowieka, który wykonywał decyzje, a nie na tego, który je podejmował.