Postecoglou wrócił do sezonu 2024/25 i przyznał, że świadomie zepchnął Premier League na drugi plan, żeby wygrać Ligę Europy. Jak mówi, nie zamierza się z tego tłumaczyć — uznał, że trofeum i awans do Ligi Mistrzów są dla klubu zbyt ważne, by grać o wszystko na dwóch frontach przy problemach kadrowych.

W drugiej części sezonu Tottenham zmagał się z serią kontuzji, a szkoleniowiec oszczędzał kluczowych zawodników na mecze europejskie. Skończyło się pierwszym trofeum klubu od 17 lat.

„Wielu osobom w klubie to się nie podobało"

Według Postecoglou strategia budziła opór nie tylko na zewnątrz, ale przede wszystkim w samym klubie. Twierdzi, że decydenci dali mu jasno do zrozumienia, że się z nią nie zgadzają — i że jedynym sposobem jej zmiany byłoby zwolnienie trenera.

Australijczyk mówi, że tuż po finale w Bilbao powiedział żonie, że to był jego ostatni mecz w roli szkoleniowca Spurs. W szatni, w której świętowali także klubowi urzędnicy, miał ochotę powiedzieć im, co myśli.

„Czułem, że wy się teraz bawicie, ale ja wiem, co zrobicie później" — tak opisał swoje myśli z tamtego wieczoru.

Odmówił powrotu z wakacji

Po sezonie jego agent przekazał mu, że Levy chce rozmowy i oczekuje, że trener wróci z urlopu. Postecoglou był wtedy w Grecji i odmówił — jak stwierdził, znał treść tej wiadomości, a gdyby wieści były dobre, spokojnie kontynuowałby wakacje.

Poprosił więc, by sprawę domknięto bez jego udziału. Podkreślił, że zwolnienie nie było dla niego szokiem, ale rozczarowaniem: uważał, że wykonał najtrudniejszą część pracy i że na sukcesie w Lidze Europy można było budować w kolejnym sezonie.

Postecoglou pożegnał się z Tottenhamem jako trener, który przerwał wieloletnią posuchę bez trofeów, ale też zakończył ligowy sezon z jednym z najsłabszych bilansów w historii klubu w Premier League — i to ten kontrast, jak sam sugeruje, przeważył w decyzji władz.