Od samego rana czuję się nieswojo. Całą noc biłem się z myślami, próbując rozegrać ten mecz w głowie. Kto wyjdzie w pierwszym składzie? Czy Adebayor, Modrić i Van der Vaart zdążą się wykurować? Jak będzie wyglądała ewentualna gra Tottenhamu bez najważniejszych piłkarzy? Przekręcam się z boku na bok, a serce z każdą upływającą minutą kołacze coraz mocniej. Druga, trzecia, a ja wciąż nie śpię. Czekam na pierwszy gwizdek.
W końcu Morfeusz przytula mnie swoimi oślizgłymi mackami, lecz dość wcześnie wypuszcza. Jest ósma, a ja już wiem, że nie zasnę. Leżę na materacu i głupio wpatruję się w sufit, licząc upływające sekundy. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, cholera jasna!
Poranna toaleta, kawa, niby wszystko takie samo jak na codzień, a jednak zdecydowanie inne. To nie jest dzień powszedni. To nie jest normalny dzień. To derby.
Chodzę nerwowo po pokoju, nie potrafiąc znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca. Tak jest zawsze na kilka chwil przed starciem z Arsenalem. Emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Cały czas odświeżam strony internetowe licząc, że na kilka godzin przed meczem ktoś opublikuje składy, w jakich oba zespoły wybiegną na murawę. Kogo wystawi Redknapp, na jaką jedenastkę się zdecyduje?
Zdrowy rozsądek podpowiada, że to głupie. Ekscytować się aż tak jakimś podrzędnym meczem, który nie ma większego wpływu na losy wszechświata? A jednak w ostatecznym rozrachunku serce wygrywa z rozumem. Emocje biorą górę. Końcowe odliczanie i czekanie na pierwszy gwizdek. A potem? Potem już tylko śmierć. Z radości bądź smutku...
Słów kilka ode mnie przed pierwszym gwizdkiem