Wokół kontraktu Roberto De Zerbiego narosła plotka, że Włoch miał zapisaną w umowie sowitą premię za utrzymanie Tottenhamu w Premier League. Matt Law z „The Telegraph” ją prostuje: trener nie otrzymał z tego tytułu żadnego bonusu.

De Zerbi podpisał z klubem pięcioletni kontrakt bez klauzuli pozwalającej rozwiązać go w przypadku spadku. Biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej zastał drużynę, było to z jego strony realne ryzyko — sam wielokrotnie powtarzał, że przyjście do Tottenhamu nie było decyzją podyktowaną pieniędzmi, tylko chęcią zbudowania w N17 długofalowego projektu.

Duże pieniądze latem, efektów wciąż brak

Włoch należy do najlepiej opłacanych szkoleniowców w lidze, a klub postawił na niego w momencie, gdy wydawało się, że utrzymanie jest poza zasięgiem. Latem władze Tottenhamu wyłożyły na przebudowę kadry poważne środki i to De Zerbi nią kierował. Na razie te nakłady nie przełożyły się na wyniki: Spurs są siedemnaści w tabeli z dwoma punktami po czterech kolejkach i bilansem bramkowym minus pięć.

Bonusy za gole, których nikt nie inkasuje

Law zwraca uwagę na jeszcze jeden wątek. W umowach kilku piłkarzy Tottenhamu znajdują się pokaźne premie za zdobyte bramki. Skoro drużyna nie potrafi trafić do siatki, klub paradoksalnie oszczędza na wypłatach.

To jednak oszczędność, której nikt na Tottenham Hotspur Stadium nie chce. Brak awansu do europejskich pucharów kosztowałby klub znacznie więcej niż suma wszystkich bonusów za gole, więc władze z pewnością wolałyby te pieniądze wypłacić.