Steven Gerrard w rozmowie z TNT Sports wskazał, czego jego zdaniem brakuje obecnemu Tottenhamowi. Były trener Aston Villi przyznaje, że w kadrze Spurs jest sporo dobrych piłkarzy, ale nie widzi wśród nich zawodnika światowego formatu, który sam rozstrzyga mecze.
„Patrzę na ten zespół Tottenhamu i nie widzę tam gwiazdy światowej klasy" — powiedział Gerrard. W jego ocenie drużyna jest do zatrzymania, a żaden z jej piłkarzy nie wzbudza respektu u rywali przed meczem.
Punktem odniesienia Haaland i Palmer
Anglik porównał sytuację Spurs do czołowych klubów ligi. Wymienił Erlinga Haalanda w Manchesterze City, Cole'a Palmera w Chelsea i Alexandra Isaka w Liverpoolu — zawodników, którzy potrafią przechylić szalę w dowolnym momencie i robią to regularnie. W Tottenhamie, zdaniem Gerrarda, takiego nazwiska po prostu nie ma.
Ostatnimi piłkarzami tego kalibru byli Kane i Son. Okres, w którym grali razem, pokrywa się z najlepszymi latami klubu w nowożytnej historii. Teraz klub próbuje innej drogi: zespołu opartego na systemie, a nie na indywidualnościach.
Blisko 400 mln funtów i dwa punkty
Kontekst tych słów jest dla kibiców Tottenhamu bolesny. Po pięciu kolejkach Premier League Spurs mają dwa punkty i zajmują 19. miejsce w tabeli z bilansem bramkowym minus sześć. Trzy porażki, dwa remisy, zero wygranych.
Sezon zaczął się od przegranej 0:3 na wyjeździe z Brentford, potem przyszła domowa porażka 0:2 z Newcastle. Bezbramkowe remisy z Nottingham Forest i Evertonem nie poprawiły nastrojów, a w sobotę na Tottenham Hotspur Stadium Aston Villa wygrała 3:2. Goście strzelili wszystkie trzy gole jako pierwsi, gospodarze odpowiedzieli dwoma i szukali wyrównania, ale bez skutku.
Trudno pogodzić taki dorobek z latem, w którym klub wydał na wzmocnienia blisko 400 mln funtów. W kadrze są piłkarze kosztujący 100 mln, 85 mln i 60 mln funtów, więc argument o braku zawodników rozstrzygających mecze brzmi w Londynie niewygodnie. Skala przebudowy sugeruje, że nowy zespół potrzebuje czasu — tyle że w tabeli czasu akurat nie ma.