17 stycznia 2012, 18:07
Marcin napisał(a):
Poza tym to tak jakbyś się przypierdalał, ze na temat robienia filmów wypowiada się reżyser, na temat grania Jazzu jazzman, prowadzenia zespołu piłkarskiego trener itp. Kto Ci o danej dziedzinie powie wiecej jak nie specjalista?
Chyba małe pomylenie płaszczyzny z tym reżyserem (rozumiem, że chodziło o reżysera kryminałów, komedii etc.), a reszta spoko. Tyle że wiesz, iż w takim przypadku niejeden autor "Misia Uszatka" czy "Karolci" powie Ci, że jego "proza" (czy gatunek tworzony) jest najwybitniejszym co może być. Jeśli chodzi o wypowiedzi cytowanych przez Ciebie - szczerze mówiąc nie wiem, co ma fantastyka do surrealizmu (który jest obok malarstwa flamandzkiego moim ulubionym kierunkiem w malarstwie). Zawsze myślałem, że literatura surrealistyczna to Aragon czy Breton ale spoko. Prędzej porównałbym z abstrakcjonizmem, ale to też nie to.
Marcin napisał(a):
"nigdy nie przekonasz mnie, że fantastyka jest zbędnym dodatkiem u niektórych naprawdę wartościowych autorów." Nigdy nie próbowałem, to byłaby głupota. Wystaw sobie, że są świetni autorzy, dla których fantastyka to podstawa, nie jakiś dodatek. Inna sprawa, że jak fantasyka jest dodatkiem do jakiegoś utworu to ten utwór już nie jest fantastyką. Brzytwa Lema się do tego odnosi.
Oczywiście chodziło mi o to, że nie przekonasz mnie, że NIE JEST. I już pojawił się pierwszy plus tej dyskusji - dowiedziałem się o takim pojęciu jak Brzytwa Lema i poznałem jego znaczenie, więc czuję się wzbogacony

A co do meritum - w takim razie trylogia husycka Sapkowskiego nie jest fantastyką, bo jeśli wyeliminować z niej czarownice i inne duperele, to byłaby to 100% powieść historyczna. Pytanie też, co nazwiemy elementami fantastyki. Smoki, elfy, skrzaty i gumisie (te akurat bardzo lubię) - to jasne. Ale nieistniejące kraje i kontynenty, które oprócz nazw są takie same jak u nas? Chyba nie, wtedy choćby "Utopia" More'a (wybaczcie pisownię, ale to polskie "Morus" jest strasznie wsiórskie) byłaby fantastyką. A więc jeśli nie są to elementy, to saga Martina też fantastyką nie jest. Jak tak dalej pójdziemy, to okaże się, że prawdziwą fantastykę ledwo liznąłem (EDIT: żeby nie wyszło głupio, wiele nie znam, ale jednak z dwucyfrowa liczba wyjść powinna). Pytanie, czy Lemowi nie chodziło tylko o SF, bez wliczania fantasy?!
Marcin napisał(a):
Ja też nigdy nie grałem w RPG (no raz, na komputerze w KOTORa), długie włosy miałem tylko przez chwilę, na zadnym konwencie (można spotkać się i porozmawiac z naprawdę ciekawymi ludźmi, specami w swoich dziedzinach) nigdy nie byłem. Uprzedzam, metalu nie słuchałem od baaardzo dawna. Nie mam czarnych koszulek z potworami. Nie przeszkadza mi to uwielbiać fantastykę. Kurwa, chłopie, jak Ty stereotypowo patrzysz na ludzi

Masz kalki we łbie jak Kaczyński. Aż się odechciewa burzyć Ci te mity.
Pozwolę sobie zacytować to, co napisałeś o mnie - "

o pierwsze, zakładając, że nie robiłeś sobie jajców Ginola, to jesteś dla mnie w tym wypadku jak Yeti albo inne UFO. Tyle się o tym mówi a nigdy nie widziałem. Już nawet zaczynałem wierzyć w teorię, wedle której ta niechęć a nawet lekka pogarda ze strony majnstrimowców wobec fantastyki i fantastycznego fandomu to wymysł samego fandomu mający na celu dowartościowanie się i skonsolidowanie środowiska." Że tak powiem, i wice wersja

Może to co napisałeś jest prawdą, ale w takim razie jesteś pierwszym ze znanych mi przypadków, które nie mieszczą się choć w części w tych, jak to napisałeś, kalkach (a "paru" fanów fantastyki znam). I powiem więcej, jeśli ktokolwiek inny dojedzie w naszej dyskusji do tego miejsca, to niech będzie łaskawy napisać, czy zna jakichś fanów fantastyki i czy w większości nie spełniają wymienionych przez ciebie kryteriów?! Czemu wydaje mi się, że nie tylko ja mogę pochwalić się takimi obserwacjami?! A może okaże się, że totalnie przypadkowo trafiłem, jak powiedzmy jin_tae z tymi jego spodniami

Marcin - ja też kiedyś taki byłem, że je**ć system, je**ć uogólnienia etc.etc.etc. Ale koniec końców nie da się bez tego żyć. Nie można przeginać, ale jeśli 9/10 przypadków (a w tym temacie z mojej strony to z 40/40 - Ciebie jednak nie znam i pozostaje małe prawdopodobieństwo, że nie mówisz do końca prawdy

) spełnia dane kryterium, to chyba można uogólnić, czy nie? 9/10 Żydów i Arabów jest obrzezanych, czy można więc powiedzieć, że Żydzi i Arabowie są obrzezani? 9/10 fanów metalu lubi Iron Maiden (tu co ciekawe akurat znam jeden kazus, który nie lubi), można więc powiedzieć, że metale lubią Iron Maiden. I tak dalej, i tak dalej. Uogólnienia muszą istnieć po to by ułatwić życie. Możliwe przecież, że jakiś film z Michaelem Dudikoffem czy Lorenzo Lamasem jest arcydziełem, ale obejrzenie kilku, w których wystąpili i które były gniotami usprawiedliwia chyba do powiedzenia, że występują w gniotach? Możesz teraz podważyć sensowność uogólniania oglądając wszystkie i znajdując taki, który nie jest. Tak samo możesz szukać niesztampowego Harlequina, ciekawej historii w Twoim Weekendzie (jaka to jest dopiero fantastyka)a) etc.
Marcin napisał(a):
Oczywiście można o ważnych rzeczach opowiadać poruszając się w konwencjach majnstrimowych, realistycznych. I wcale nie jest to, wg mnie, gorsze. Chyba kwestia gustu, dopełniania się, bo -patrz początek- żadna z konwencji nie jest ani gorsza ani lepsza.
I tu już chyba zawarłeś wcześniej puentę, ale muszę wtrącić jeszcze jeden kamyczek do Twojego ogródka. Otóż określenia mainstreamowy jest moim zdaniem nie na miejscu gdyż zakłada, że w takim razie fantastyka jest offowa. Wszystko jest tylko kwestią autora i, tu kolejne uogólnienie, z reguły przebijają się Ci lepsi. Zawsze mnie śmieszy pojęcie offowości, bo (zaznaczam, oprócz rzadkich wyjątków) offowy najczęściej równa się słabszy. Ale do tematu - myślę, że ileś tam razy więcej ludzi (szczególnie młodych) na świecie czytało (lub w ogóle zna) Tolkiena, Lewisa czy Martina niż powiedzmy Marqueza, Remarque'a czy Sołżenicyna, że wymienię kilka z najwybitniejszych nazwisk. Nad czym osobiście ubolewam i co uważam za kolejny dowód na upadek kultury i to, że w podziale sinusoidalnym Krzyżanowskiego znajdujemy się zdecydowanie pod kreską. Oby idąc w górę, a nie w dół