Duże oczekiwania, dobry początek sezonu, kłopoty w ofensywie, bardzo dobra gra na wyjazdach, słaba postawa na White Hart Lane, świetne wyniki w Lidze Europy, kompromitujące porażki, zwolnienie trenera. Tak w skrócie można opisać pierwsze 5 miesięcy nowego sezonu. Sezonu, który przecież zapowiadał się dobrze jak nigdy. Mimo iż drużyna straciła swojego lidera Garetha Bale’a, aktywność na rynku transferowym i zakupy piłkarzy z olbrzymim potencjałem pozwoliła uwierzyć kibicom że stratę Walijczyka klub nadrobił z nawiązką. Niestety, po tych 5 miesiącach chyba nie wiele układa się po myśli fanów i zarządu klubu.
Na początku lipca klub zatrudnił Włocha Franco Baldiniego na stanowisko dyrektora technicznego. AVB od początku swojej przygody z klubem zabiegał o zatrudnienie takiej osoby. Sądził bowiem że pozwoli mu to skupić się na pracy z drużyną a transfery będzie załatwiał kto inny. Rozwiązanie proste i skuteczne tylko jeśli te dwie osoby potrafią ze sobą współpracować. Czy tak było w przypadku Baldiniego i AVB?
Po analizie działań Spurs na rynku można odnieść wrażenie że AVB niekoniecznie dostawał to o co prosił. Pamiętamy przecież gdy jeszcze rok temu Daniel Levy poskąpił ostatniego dnia okienka transferowego na Joao Moutinho, Portugalczyka który świetnie znał się z Villasem-Boasem z pracy w Porto, który miał wypełnić lukę po Luce (sic!) Modriciu. Także bezskutecznie przez dwa okienka Tottenham ubiegał się o Brazylijczyka Williana (piłkarz najpierw wybrał Anzy a następnie Chelsea). Sporo mówiło się także o Hulku czy Villi. O ile ten pierwszy mógł być tylko wymysłem dziennikarzy (nie wierzę że Levy opłacał by nie małą tygodniówkę Hulka która z pewnością przekraczała 120 tyś tygodniowo) o tyle ten drugi z pewnością był pożądany przez AVB. Portugalczyk niejednokrotnie wypowiadał się bardzo pozytywnie o Villi. Piłkarz jednak zdenerwowany powolnym działaniem włodarzy Kogutów zdecydował się przejść do Atletico Madryt.
Gdy porównamy piłkarzy których AVB chciał a których dostał zauważymy że wszyscy piłkarze pożądani przez Portugalczyka to gracze doświadczeni, mający za sobą kilkadziesiąt występów w Lidze Mistrzów, zdobywający puchary w swoich ligach, regularnie występujący w reprezentacjach swoich krajów, potrafiący pociągnąć drużynę. Kogo dostał w zamian? Piłkarzy młodych, bez doświadczenia ale o ogromnym potencjale którzy z pewnością będą kiedyś europejską czołówką (Lamela, Eriksen, Holtby), lub piłkarzy bardziej dojrzałych ale o mniejszych umiejętnościach, trochę innej specyfice gry lub niepasujących do drużyny czy ligi angielskiej (Chadli, Dembele, Soldado).
Czy portugalczyk jest tutaj bez winy? Nie. Czy drużyna potrzebuje trenera który nie potrafi twardo postawić na swoim? Z drugiej strony, AVB ma dopiero 36 lat, gdyby dostał potrzebne wsparcie od prezesa Levy’ego, który dał by mu wolną rękę w wyborze piłkarzy a ten by ich sprowadził, nasza sytuacja mogła by wyglądać zgoła inaczej.
Skoro jednak AVB zgodził się na zakup innych piłkarzy, musimy rozliczać go z wyników i stylu gry. Pierwszy sezon należy zaliczyć do udanych. Co prawda nie udało się nam zakwalifikować do Ligi Mistrzów ale rozgrywki ligowe zakończyliśmy z 72 punktami na koncie, co jest najwyższym wynikiem od czasów powstania Premier League. Wszyscy z optymizmem czekali na następny sezon. Apetyty wzrosły wraz z bardzo udanym (przynajmniej z pozoru) okienkiem transferowym. Niestety po kilkunastu kolejkach przestało być kolorowo.
Dlaczego AVB uparcie stawiał na Michaela Dawsona, szczególnie w meczach z czołówką, który należy do najwolniejszych piłkarzy w lidze. Z rywalami z dołu tabeli którzy często decydują się na grę górnymi piłkami Dawson jest dobrym wyborem, lecz przy szybkich Aguero, Suarezie, Navasie czy Sterlingu sami prosimy się o strate kilku bramek. Przy wysoko ustawionej obronie to nie mogło się udać. Dlaczego najlepszy środkowy obrońca w klubie, Jan Vertonghen, musiał grać na lewej obronie? Po co wypożyczano Benoit Assou-Ekotto?
Przy takiej ilości nowych graczy potrzeba czasu na „dotarcie”. Szczególnie jeśli każdy z piłkarzy pochodzi z innego futbolowego świata. Dlaczego więc każdy mecz w tym sezonie zaczynaliśmy inną jedenastką? Ciagłe zmiany w linii pomocy nie pozwoliły na dotarcie schematów. AVB nie wiedział czy role 10 powierzyć Holtby’emu, Eriksenowi czy może Moussie Dembele. Bardzo konsekwentny był jedynie w obsadzaniu roli napastnika którą powierzał sprowadzonemu za 30 mln Soldado. Tu z kolei dochodzimy do wątku Emanuela Adebayora. Togijczyk późno dołączył do zespołu z powodów rodzinnych. Potem przydarzyła się kontuzja. Czemu jednak, gdy Togijczyk był już zdrowy, nie był uwzględniany do gry? Jest to jeden z niewielu piłkarzy w Spurs, którzy mają doświadczenie i umiejętności by pociągnąć grę gdy drużynie nie idzie. A momentów takich nie brakowało. Gołym okiem widać że AVB nie lubił współpracować z piłkarzami z silnym charakterem. Lekką ręką pozbył się uwielbianego przez kibiców Rafaela Van der Vaarta, wypożyczył najlepszego lewego obrońcę w klubie Assou-Ekotto, odsunął od składu Adebayora.
AVB jest też oskarżany o zabicie ofensywnego stylu gry Tottenhamu. Owszem, w piłce nożnej nikt nie przyznaje punktów za styl. Ale futbol to przede wszystkim rozrywka. Kibice nie oglądają meczów dla nudnego 1:0 po bramce z rzutu karnego. Oczywiście, lepiej wygrać po nudnym meczu niż przegrać po epickim. Jednak 15 strzelonych bramek po 16 kolejkach jest wynikiem haniebnym. Koguty w żadnym meczu w tym sezonie nie strzeliły więcej niż dwóch bramek. A i takich meczy było zaledwie 5 z czego zaledwie dwa na White Hart Lane!!
Gdy jednak spojrzymy w tabele zobaczymy że nie jest tak źle jak nam się wydaje. 8pkt straty do lider, 5pkt do TOP4. A może dobry wynik punktowy to po prostu kwestia szczęścia i kilku rzutów karnych zapewniających zwycięstwa 1:0? A może bilans bramkowy to tylko kwestia pecha, niewykorzystanych sytuacji (chociażby w meczu z Newcastle czy Norwich), plagi kontuzji obrońców? Może AVB po meczu z Liverpoolem zrozumiał by kilka swoich błędów taktycznych i personalnych, przywrócił by do składu Adebayora? Czy może jednak racje ma Levy który widząc że Andre traci panowanie na drużyną postanowił jak najszybciej przerwać budowany przez niego projekt? Odpowiedzi na te pytania zapewne nigdy nie poznamy. Nam, kibicom, pozostaje jedynie wierzyć że drużyna jak najszybciej wróci na jedyną właściwą ścieżkę zwycięstw i że klub któremu kibicują nie nazywa się Andre Villas-Boas, Harry Redknapp czy Gareth Bale tylko Tottenham Hotspur. COYS